"Między natchnieniem a psychoanalizą" - autor: Elżbieta Teresa Nowak

Claudio Arrau, jeden z pianistycznych gigantów XX wieku, był ucieleśnieniem ideału artysty minionej epoki: charyzmatyczny, natchniony, wyniesiony ponad prozaiczną codzienność i bez reszty oddany sztuce. Całe niemal stulecie, od debiutu w 1908 aż do śmierci w 1991 roku, gościł na estradach całego świata, pozostawił też ogromną ilość nagrań płytowych. Dawał dużo koncertów, wiele odwoływał. Ogromne poczucie odpowiedzialności wobec sztuki i słuchaczy nie pozwalało mu na jakikolwiek kompromis lub pobłażanie wobec samego sobie. Potrafił w ostatniej chwili zrezygnować z wykonania „Sonaty Waldsteinowskiej” Beethovena, gdy okazywało się, że udostępniony mu fortepian nie pozwala na zagranie pianissimo oktawowego glissanda w zamykającej Finał kodzie, fragmencie trwającym zaledwie kilkanaście sekund. Misję pośrednika między twórcą a słuchaczem traktował z niebywałą powagą. Jednak w życiu artysty zdarzały się również okresy pełne niepowodzeń i zwątpienia. Najgroźniejszym z nich był kilkuletni kryzys, jaki pianista przeżywał na początku lat 20., gdy walczył z paraliżującą go depresją. Po latach Arrau porównał swoje zmagania z próbą ognia i wody, której poddany został Tamino z mozartowskiego „Czarodziejskiego fletu”. Podobnie jak ów baśniowy książę mdlejący początkowo ze strachu na widok wielkiego węża, a potem stawiający odważnie czoła wszelkim niebezpieczeństwom, musiał i Arrau dokonać gruntownej własnej osobowości, aby zwycięsko wyjść z życiowych opresji.

Mały Mozart
W czasopiśmie „Selecta” wydawanym w Santiago de Chile ukazał się w listopadzie 1909 roku obszerny artykuł Antonia Orrego Barrosa poświęcony występowi cudownego dziecka, sześcioletniego pianisty Claudia Arraua. Niezwykły talent chłopczyka oraz jego nieomylny instynkt muzyczny pozwalający wykonywać utwory trudne i wymagające dojrzałości artystycznej nasunęły autorowi porównanie z małym Mozartem, a poczucie dumy z tak wybitnego rodaka znalazło swój wyraz w tytule artykułu: „Chilijski Mozart – Claudio Arrau León”. Nie była to pierwsza relacja prasowa z występów małego artysty. Już rok wcześniej prowincjonalna gazeta „El Comercio” zamieściła pełną entuzjazmu recenzję z estradowego debiutu pięciolatka. Claudio Arrau urodził się 6 lutego 1903 roku w Chillán. Jego ojciec, Don Carlos de Arrau, był znanym okulistą oraz posiadaczem okolicznych dóbr. Zginął tragicznie, gdy mały Claudio miał zaledwie rok. Po latach artysta twierdził nawet, że przedwczesna śmierć rodzicauchroniła go od walki o prawo do zawodowego uprawiania muzyki. Ojciec był bowiem człowiekiem o ultrakonserwatywnych, patriarchalnych poglądach a muzykę uważał za zajęcie niegodne mężczyzny. Owdowiała nagle matka musiała sama utrzymać dom i rodzinę. Sprzedała resztę posiadanych gruntów, by spłacić długi męża i, będąc dobrą pianistką, zaczęła zarabiać na życie, udzielając lekcji gry na fortepianie. To ona pierwsza zauważyła niezwykły talent Claudia. Po przeprowadzce do stolicy starała się nawiązać kontakty w kręgach rządowych, by uzyskać dla syna środki na studia w Europie. Claudio występował więc przed prezydentem, członkami Kongresu, dziennikarzami czołowych gazet, wywołując u wszystkich zdumienie i zachwyt. Sława cudownego dziecka, „chilijskiego Mozarta”, przylgnęła do niego na dobre. Występy w pałacu prezydenckim, nieustanna kampania reklamowa oraz płomienny artykuł Antonia Barrosa, apelujący do poczucia odpowiedzialności rządzących i ostrzegający przed hańbą, jaką okryli się Austriacy nie doceniwszy w porę Mozarta, odniosły na wyjazd do Europy. Zdecydowano się na Berlin, dynamiczne i nowoczesne miasto o bogatych tradycjach kulturalnych. Przybywszy tam wraz z matką i rodzeństwem w 1911 roku, Arrau nie mógł początkowo trafić na odpowiedniego nauczyciela. Był jeszcze za młody, by studiować w słynnym berlińskim konserwatorium, a prywatnie zaangażowani pianiści najwyraźniej nie mogli poradzić sobie z fenomenalnie uzdolnionym dzieckiem. Po dwóch latach niezbyt owocnej edukacji wydawało się już, że trzeba będzie zrezygnować i wracać do domu.

W drodze na szczyt
Przełom przyniosło spotkanie z Rositą Renard, młodą chilijską pianistką studiującą w konserwatorium. To ona doradziła matce Claudia kontakt z profesorem Martinem Krausem, u którego sama się uczyła. Ówczesny asystent profesora, Edwin Fischer, tak wspomina pierwsze spotkanie z małym Arrauem. Na pytanie, co chłopiec chciałby mu zagrać, Claudio odpowiedział: „A co chciałbyś usłyszeć? Umiem całego Bacha”. Już po krótkiej prezentacji Fischer wiedział, że ma do czynienia z niezwykłym talentem i zarekomendował chłopca profesorowi, który natychmiast zgodził się przyjąć go do swojej klasy. Wyraził nawet opinię, że od czasów Liszta jest on największym pianistycznym talentem. Teraz Claudio mógł już zapisać się do konserwatorium, mimo że brakowało mu kilku lat do przepisowego wieku. Martin Krause (1853–1918) należał wówczas do grona najznakomitszych europejskich pedagogów fortepianu. Będąc uczniem Franciszka Liszta, reprezentował szkołę pianistyczną opartą na wielkiej romantycznej tradycji. Był bardzo surowym nauczycielem, wymagającym i bezkompromisowym. Claudio znalazł w nim nie tylko pedagoga, lecz także opiekuna dbającego o swego ucznia z ojcowskim niemal oddaniem. Chłopiec przebywał całymi dniami w domu profesora, tam jadał posiłki, ćwiczył, a każdego wieczora miał lekcję fortepianu. Stał się też ulubieńcem dorosłych córek Krausego, u których szukał pocieszenia, gdy mu coś na lekcji nie wyszło. Ciepła, rodzinna atmosfera panująca w domu profesora, stała się dla wrażliwego chłopca azylem dającym możliwość rozładowania napięć i konfliktów wewnętrznych, powodowanych intensywną pracą oraz wygórowanymi wymaganiami nauczyciela. Po latach Arrau stwierdził, iż profesor wymagał od niego zbyt wiele i tym nieświadomie przyczynił się do jego późniejszych psychicznych problemów, które o mało co nie zniweczyły dalszej kariery. Krausemu, prowadzącemu klasę mistrzowską, brakowało wyczucia w obcowaniu z dziećmi. Będąc przekonanym o możliwościach chłopca, traktował go jak dorosłego i doświadczonego pianistę. Polecił mu np. nauczyć się w ciągu tygodnia trzech etiud Liszta i mocno go złajał, gdy Arrau nie zdołał wykonać zadania. Incydent ten był dla młodego pianisty przeżyciem tak dalece traumatycznym, iż każdorazowe wykonanie publiczne owych etiud przysparzało mu wiele trudności. Codzienne lekcje i ogromne wymagania profesora z jednej strony przynosiły niezwykłe postępy w grze, z drugiej zaś podkopywały odporność psychiczną i samoocenę chłopca. Strofowany, gdy nie mógł sprostać wymaganiom, niechwalony, gdy mu się to udawało, tracił wolna poczucie własnej wartości i pewność siebie. Jednocześnie profesor dbał o jego karierę – załatwiał koncerty, przedstawiał Claudia wpływowym osobistościom. Mały Arrau grywał więc na dworach królewskich i w salonach arystokratów, ugruntowując również w Europie sławę cudownego dziecka. Krause, zafascynowany talentem ucznia, nie dostrzegł niebezpieczeństwa, jakim dla jego psychiki był narzucony mu tryb życia. Chłopiec żył odizolowany od otaczającego go świata, od kontaktów z rówieśnikami, od rozrywek i zabaw typowych dla jego wieku. Do szkoły chodził tylko rok, potem zaprzestał,bo rytm zajęć szkolnych kolidował z programem ćwiczenia na fortepianie. Ogólne wykształcenie, do którego Krause przywiązywał wielką wagę, zdobywał na indywidualnych lekcjach. Po serii prywatnych koncertów 10 grudnia 1914 roku w berlińskim Künstlerhaus odbył się publiczny debiut młodego artysty. Potem miały miejsce kolejne recitale, koncerty z orkiestrą, w prasie pojawiły się entuzjastyczne recenzje pełne najwspanialszych prognoz na przyszłość.

Samotność geniusza

W lutym 1918 niespodziewanie umiera profesor Krause. Dla 15-letniego Arraua był to nie tylko szok spowodowany utratą pedagoga i opiekuna, to była prawdziwa katastrofa, twarde lądowanie nieprzystosowanego do życia cudownego dziecka, rzuconego na pastwę losu, zanim zdążyło przygotować się do samodzielności.Stało się to w najbardziej krytycznym okresie, gdy młody artysta dopiero co wyrósł z „krótkich spodenek”, a zadziwiwszy świat niezwykłymi dokonaniami, nie zdążył jeszcze wykreować swego wizerunku suwerennego, dojrzałego interpretatora. Krause był dla niego jedynym punktem odniesienia, jedynym łącznikiem z niemieckim światem muzycznym. To on nawiązywał kontakty, to on organizował koncerty. Po jego śmierci Arrau stracił grunt pod nogami. Zaczął bać się występów w Niemczech, częściej grywał w Skandynawii i wschodniej Europie, gdzie nie konfrontowano go z oczekiwaniami, jakie niegdyś wzbudzał. Trudno jest bowiem zadziwić publiczność w wieku 16 czy 18 lat, gdy grało się „Koncert Es-dur” Liszta mając lat 12. Ten rodzaj emocji, jaki wywołują u słuchaczy cudowne dzieci, mija wraz z dzieciństwem młodocianych artystów. Często zdarza się również, że ich talent nie wytrzymuje próby czasu i poza manualną zręcznością niewiele mają do zaoferowania. Z Arrauem było jednak inaczej. Jego fenomenalna łatwość techniczna poparta była autentyczną muzykalnością, bogatą wyobraźnią dźwiękową, natchnionym i głębokim przeżywaniem muzyki oraz zrozumieniem istoty każdego wykonywanego dzieła. I nagle nie potrafił tego wszystkiego przekazać. Zaczął odczuwać niechęć do publicznych występów a niechęć ta stała się wyczuwalna dla słuchaczy. Na domiar złego w 1921 przestał otrzymywać rządowe stypendium z Chile i odtąd musiał sam zarabiać na utrzymanie. Były to trudne lata. Artysta zaczął udzielać lekcji, przemierzając Berlin na piechotę, by zaoszczędzić na dojazdach. Miary niepowodzenia dopełniło nieudane tournée po Stanach Zjednoczonych na przełomie 1923–24. Nawet nie zagrał wszystkich zakontraktowanych koncertów, gdyż impresario, zrażony mało entuzjastycznymi recenzjami, wycofał się z umowy.Wydawało się, że wspaniale rozpoczęta kariera zaczyna walić się w gruzy. Po powrocie do Niemiec, Arrau zrozumiał, że jeżeli chce odnieść sukces na miarę swego talentu, musi gruntownie zmienić sposób myślenia i niejako na nowo zdefiniować samego siebie, odnaleźć swoje miejsce w życiu.

Deus ex machina
W tym niezwykle krytycznym momencie w życiu Claudia Arraua pojawił się znany psychoanalityk doktor Hubert Abrahamsohn. Starszy od Arraua o 13 lat zajął w pewnym sensie miejsce Krausego i stał się dla artysty po części guru, a po części ojcem. Był melomanem, słyszał Arraua niejednokrotnie i z zainteresowaniem śledził rozwój jego kariery. Gdy w 1924 pianista zjawił się u niego jako pacjent, Abrahamsohn przyjął go na terapię nie żądając nawet honorarium. Tak jak kiedyś Krause uważał Claudia za ideał ucznia, tak teraz Abrahamsohn widział w nim swoje zawodowe spełnienie.
Trzy lata twały sesje psychoterapii, którym Arrau poddawał się z taką samą rzetelnością, z jaką podchodził
do muzyki. Abrahamsohn, widząc chorobliwą nieśmiałość Claudia, zmuszał go do towarzyskich kontaktów, do korzystania z rozrywek takich jak taniec, wizyty w lokalach, znajomości z kobietami. Perfekcjonista Arrau nie poszedł jednak na bal, zanim nie ukończył kursu tańca. Ukończył kursu tańca. To była jednak tylko część terapii, mająca na celu pogodzenie wyalienowanego artysty z otaczającym go światem. Inny, ważniejszy aspekt psychoanalizy dotyczył pogodzenia z samym sobą człowieka pełnego wątpliwości i lęków, otwarcia przed nim głębin własnej podświadomości, by nauczył się ją rozumieć i nad nią panować. Należało także przywrócić pianiście wiarę w siebie, pomóc odnaleźć równowagę między samokrytyką i samooceną oraz uzmysłowić mu proces przechodzenia od intuicyjnego do świadomego pojmowania muzyki, gdy spontaniczną kreację zaczyna weryfikować intelekt. Między lekarzem-melomanem a pacjentem-artystą rozwinęła się głęboka przyjaźń która przetrwała aż do śmierci Abrahamsohna w 1973. Po dojściu do władzy nazistów Arrau ocalił swego psychoanalityka od holocaustu, pomagając mu zdobyć chilijską wizę. Z czasem artyście udało się pokonać problemy psychiczne, choć nie do końca. Pozostała skłonność do wycofywania się, do ucieczki, gdy nie mógł zapanować nad niepewnością. Odwoływanie koncertów stało się dla niego wyjściem zawsze wtedy, gdy nie był z siebie zadowolony. Jednak jego natchnione kreacje, zwłaszcza dzieł  Liszta, zaliczają się do najwyższych osiągnięć sztuki wykonawczej. Arrau wierzył głęboko w zbawienny wpływ psychoanalizy na swój rozwój artystyczny. W eseju „Kreatywność i samourzeczywistnienie” opublikowanym w 1967 w czasopiśmie „High Fidelity” postuluje on włączenie psychoanalizy do programu szkół muzycznych, w celu wczesnego wykrywania i przezwyciężania neurotycznych blokad mogących prowadzić nawet do całkowitej niemożności wykonywania zawodu muzyka.

Autor: Elżbieta Teresa Nowak
Źródło: TWOJA MUZA, nr 1/2009, s. 25-27

Twoja ocena: Brak Średnia: 3.3 (3 głosów)
© 2009-2010 Mijuma.pl wszystkie prawa zastrzeżone. Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. O nas Kontakt Reklama